wieczna dziewczynka (bylo i co dalej...)
joanny.blog.interia.pl
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031

Notki
2011-01-16
Okazuje się, że portale społecznościowe na coś się jednak przydają. Odzyskałam portfel. Oczywiście bez pieniędzy i wszystkiego co można użyć szybko, czyli pewnie ok. 10 biletów, karty komunikacyjnej ( na szczęście pustej). Zawsze to jednak lepsze niż świadomość, że jakieś drobiazgi do mnie należące, jeszcze z moim nazwiskiem, gdzieś się tam poniewierają po świecie. Kradzież przebolałam szybko, no cóż, zdarza się, ale moje poglądy na niegodziwości tego świata nadal się radykalizują. Wygląda na to, że łagodnością to tylko ze zwierzętami, z ludźmi to już nie działa, a może nigdy nie działało tylko ja nie chciałam tego widzieć?
2011-01-05
Ukradziono mi dzisiaj portfel w autobusie, albo w tramwaju. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce jakieś 8, 9 lat temu i wtedy, po analizie, wiedziałam kiedy to się stało. Dzisiaj nie wiem, podejrzewam, że być może wtedy gdy odpowiadałam na smsa i straciłam na chwilę czujność.
Jestem wściekła. Nie zasłużyłam. Koniec z dobrocią, życzliwością, usprawiedliwianiem innych. Pierwszy raz chyba w życiu naprawdę źle życzę tej osobie: niech się przewróci, niech złamie rękę, nogę, cokolwiek, niech dostanie skrętu kiszek. Nie mam zamiaru udawać, nie będę stosować żadnego chrześcijańskiego miłosierdzia. To ja podejmuję się prac fizycznych nadwyrężając i tak moje już bardzo nadwyrężone zdrowie żeby zarobić jakieś pieniądze, a ktoś bez zastanowienia i z zimną krwią mnie okrada!
Koniec tego dobrego! Nie chcę cywilizacji, chcę powrotu do średniowiecza i obcinania rąk złodziejom. Chcę kar cielesnych. Chcę kary chłosty za nadużywanie czyjejś życzliwości i dobroci, chcę napiętnowania przez np. golenie głowy za zawodzenie i nadużywanie przyjaźni, chcę gorących pryszniców dla znęcających się psychicznie i tych przez których ktoś płakał, chcę dybów i kary głodu dla oszustów, chcę uniformów z napisami informującycmi i robót publicznych dla oszczerców...tu się może zatrzymam, bo za chwilę będę za karą śmierci za którą wcześniej nie byłam, a właściwie karą poprzedzoną torturami w zależności od przestępstwa. W każdym razie precz z humanitaryzmem dla złoczyńców. Precz z zaleceniami Unii Europejskiej co do wielkości cel. Cierpcie przeniewiercy!

2011-01-01
Nie pojechałam wczoraj na imprezę do znajomych, pojechałam na Rynek i spędziłam 2 godziny gibając się w takt muzyki klubowej, oglądając pokaz sztucznych ogni, latających serpentyn i błyszczących papierków, obserwując ludzi w różnym wieku i afroamerykańskie gwiazdy. Wróciłam do domu, zjadłam 2 kawałki ciasta i wypiłam kieliszek wina. Był to bardzo udany Sylwester bez udawania, namiastek. Jestem sama i spędzałam go sama, co nie znaczy, że samotnie. Po ludnych i rodzinnych Świętach potrzebowałam znowu chwili spokoju.
Nie robię żadnych podsumowań, ani postanowień noworocznych. Mimo, że od jakiegoś czasu zaczynam znowu wierzyć, że mam jakiś wpływ na moje życie to w rozpoczętym już roku czeka mnie kilka wydarzeń, na których efekt nie będę miała najmniejszego wpływu. Cieszę się, że rok 2010 już się skończył. Był lepszy niż 2009, ale ciągle był rokiem oczekiwania, oczekiwania na zmianę, nie jakąkolwiek, bo takowa miała miejsce, ale na odczuwalną zmianę na lepsze. Ona nie do końca nastąpiła, ale wierzę, że rok 2011 ją przyniesie.
Wczoraj odpadł mi od ściany karnisz. Trochę mnie to zirytowało, no i cóż, w takich chwilach myślę, że przydałaby mi się para pomocnych męskich dłoni. Znajdę jakieś obce w końcu i gdy problem zniknie nie będę musiała zastanawiać się gdzie i dlaczego zniknęły. Tak jest wygodniej i spokojniej, a spokój jest dla mnie bardzo ważny. Potrzebuję go jak najwięcej i jak najdłużej. Poza tym zdrowia. To najważniejsze.
Wszystkim w nowym roku życzę dużo zdrowia i spokoju.

2010-12-21
Najserdeczniejsze i najlepsze życzenia świąteczne dla wszystkich. Pozdrawiam ciepło.
J.

2010-10-02
Miałam ostatnio gorsze dni, męczy mnie pogoda, męczą mnie dolegliwości fizyczne, męczy mnie nadwrażliwość i słabość chrakteru, a w końcu myśli i pragnienia o których chcę zapomnieć. Na szczęście jednak świat nie stoi w miejscu, a Najwyższy ostatnio upodobał sobie moje okolice i nadal udowadnia mi, że nie miałam racji, że cuda się
zdarzają, więc muszę się nimi podzielić.
Czekałam dzisiaj na telefon i w końcu się wieczorem doczekałam. 10 dni temu przekonałam koleżankę, że ma jechać do Bułgarii. Zaprosił ją kolega, przyjaciel, właściwie trudno do końca określić kto.
Poznali się jakieś 6 lat temu w pracy. Nie znam szczegółów, bo ja wyjechałam, ona też z tym, że do Katowic. Coś się zaczęło dziać, zaczęli się zbliżać, ale ona zachorowała na tyle poważnie, że nie wiadomo było co z tego wyniknie. (Cały czas musi zresztą być pod kontrolą lekarzy, bo sytuacja nie jest do końca wyjaśniona, zagrożenie istnieje, ale odpukać, skoro do tej pory nie rozpętało się totalne piekło, to może jednak będzie dobrze.) Była na zwolnieniu ponad pół roku, kolega nie uciekł, ale się oddalił, wyglądało na to, że to będzie tylko przyjaźń.
W zeszłym tygodniu A. zadzwoniła do mnie, że nie bardzo wie co robić, bo jest po jakiejś infekcji, źle się czuje a tu M., który nota bene zaczął ostatnio być dla niej coraz czulszy i uważający, zaprosił ją na tydzień do Bułgarii, a ona nie bardzo wie czego się spodziewać i nie bardzo wie co ma robić.
"Kazałam" jechać zaklinając na wszystkie świętości, rozsądek, brak rozsądku, prawo do życia i zabawy i jeszcze inne bzdury.
No i co? A to, że wydarzenia przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Wprawdzie w międzyczasie snułam sny o potędze jak to trzecia para będzie mnie oficjalnie uważała za sprawczynię swojego związku (2 pozostałe żyją ze sobą długo i szczęśliwie od wielu już lat), ale to, że A., wróciła z pierścionkiem zaręczynowym, no nie na ręce, bo zbyt
duży, ale w torebce, przeszło nawet moje najśmielsze oczekiwania. Cieszę się bardzo bardzo bardzo i właśnie dla takich m.in. chwil warto żyć.
Nawet jeśli ta historia brzmi jak z jakiejś amerykańskiej, pośledniej komedii romantycznej to kryją się za nią prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje i uczucia. Jedyne zmartwienie to tylko to, że zostałam ostatnią starą panną w okolicy, ale pocieszam się, że z wyboru:).

2010-09-24
Cuda, cuda się zdarzają. Moja koleżanka 2 tygodnie temu wzięła ślub ze swoim mężem. Ślub kościelny z mężem "cywilnym" od ponad 12 lat, który 2 miesiące temu miał się wyprowadzić z domu. Ich konflikty ciągnęły się od dawna, tak naprawdę pewnie przez większą część ich małżeństwa wpływając na ich całe życie i niestety na dzieci. Czasami, pamiętając jak to było pięknie na początku, zadawałam sobie retoryczne pytanie jak to jest możliwe, żeby ludzie, którzy byli sobą tak zauroczeni kiedyś, potrafili się tak ranić i tak się mijać w oczekiwaniach. Nie oni pierwsi i nie ostatni zapewne wykazali się sporą niedojrzałością myląc to co sobie wymyślili czy wyobrazili na swój temat z obrazem prawdziwym i chociaż poczuwam się do solidarności kobiecej, częściej wysłuchiwałam skarg strony żeńskiej i czasami wręcz potępiałam mężczyznę, to jednak, po nie tak dawnych obserwacjach, muszę stwierdzić, że to J. chyba miała większy udział w tym myleniu obrazów, a także eskalowaniu wymagań, chociaż w niektórych swoich oczekiwaniach była jak najbardziej uprawniona, bo mąż od dawna wiedział o nich i kiedyś obiecał na nie odpowiedzieć.
Mam taką swoją teorię, że w związku dwojga ludzi nigdy nie jest tak, że wina czy przyczyna konfliktów i nieporozumień leży tylko po jednej stronie. Myślę, że można mówić o większej sprawczości jednej strony, ale przyjmując, że każde wydarzenie to 20% jakiejś "zawartości obiektywnej" a 80% to nasza reakcja na to co nas spotyka, trudno mówić o braku udziału drugiej strony.
Teraz najważniejsze jest jednak to, że decydując się na ślub kościelny musieli jeszcze raz przemyśleć swoje wzajemne relacje, mąż spełnił oczekiwania żony, a żona zmieniła stosunek do męża i dzięki temu zmieniło się całe ich życie. Wspierają się w wychowaniu dzieci, wspierają w sprawach zawodowych, uspokoili się oboje, są szczęśliwsi, dzieci są szczęśliwe. Sielanki nie ma i pewnie nie będzie, ale jest normalna rodzina, która ma szanse pogłebiać wzajemne relacje, a nie oddalać się od siebie.

2010-09-23
Miałam dzisiaj pisać o czymś innym, ale zainspirowana dogrywką z Sacrum Profanum w Trójce postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze do wrażeń z koncertu Jonsiego, wokalisty Sigur Ros. Było to rzeczywiście niesamowite przeżycie chociaż nie jestem bezkrytyczna.
Dzisiaj Agnieszka Szydłowska mówiła, że Jonsi był zachwycony halą ocynowni elektrolitycznej (i nie dziwię się bo miejsce świetnie współgrało zwłaszcza z jego muzyką), jedyne co go niepokoiło to to, że publiczność będzie siedziała i tu też się nie dziwię, bo mnie to też niepokoiło, tzn. domyślałam się, że będziemy siedzieć i nie zastanawiałam się nad tym zbytnio, ale po wejściu na halę pojawiło się poczucie nieadekwatności. Potwierdziło się ono w czasie koncertu. Przez te krzesełka miało się wrażenie, że Jonsi nie bardzo porwał publiczność, co nie było prawdą. Mimo, że nie starał się jakoś specjalnie nawiązać z nią kontaktu, to jednak "dół" hali rozpalał się coraz bardziej. Niestety sektor trzeci, w którym siedziałam, dodatkowo jeszcze oddzielony od sceny sektorem VIPów jakoś nie mógł się rozruszać.
Był i dla mnie moment, gdzieś w jednej trzeciej koncertu, gdy stwierdziłam, że jest zbyt monotonnie, a świetny, krystaliczny głos Jonsiego i teoretycznie bardzo odpowiadająca mi instrumentalnie muzyka potrafią znużyć. Troszeczkę przebudowałabym jednak ten
koncert. Później i ja dałam się porwać i jako jedna z nielicznych "gibałam" się w takt muzyki. Bardzo brakowało mi tej mozliwości dania upustu moim odczuciom, przeszkadzała mi drętwota ludzi. Oni pewnie wszyscy przeżywali bo wiem, że generalnie bardzo się podobało, ale brakowało tej energii, która powinna była się jakoś uwolnić wraz ze wzrastającą dynamicznością koncertu. Uwolniła się już na końcu, gdy wszyscy zaczęli tupać powodując odgłosy nadciągającej burzy, a potem owacją na stojąco pożegnali artystów.
Mimo drobnych uwag cieszę się bardzo, że zostałam zaproszona na ten koncert i z przyjemnością wysłuchałam dzisiaj jego fragmentów w Trójce. Ach, zapomniałam jeszcze wspomnieć o świetnych animacjach i o tym, że chętnie poszłabym na taki koncert jeszcze raz.

2010-08-31
Chciałam napisać jakąś dramatyczną notkę w związku z zaistniałą pogodą, ale cóż, nie czuję się dramatycznie. Jest wprawdzie ciemno, mokro i ponuro i to wywołuje ukłucie żalu, że jednak lato rzeczywiście się skończyło, nie mogę jednak snuć wizji osoby przybitej i załamanej takim stanem rzeczy, bo wygląda na to, że mam większe problemy, a pogoda od jakiegoś czasu jakby przestała być powodem mojego złego samopoczucia.
Nie mam dzisiaj własciwie zbyt wiele do powiedzenia. Notkę piszę, bo męczę się pisaniem pracy do szkoły, w którą się sama wpakowałam i pluję sobie chwilami w brodę, bo praca jest skomplikowana, prawie tak jakbym pisała drugą pracę magisterską w 3 tygodnie. Nie dam dobrego przykładu młodzieży mówiąc, że cały czas szukam sobie zajęć zastępczych byle tylko pracy nie pisać. Nie jest to dobra strategia, bo nikt za mnie tego nie zrobi, ale widocznie na starość nie zawsze się mądrzeje.


www.youtube.com/watch


2010-08-25
W ramach terapii śmiechem oglądam stare filmy z Louis de Finesem, w niektórych gra wprawdzie małe rólki, ale jego pojawienie się zawsze niesie ze sobą element humorystyczny, a filmy kostiumowe z jego udziałem, zawsze parodie prawdziwej historii, jeszcze efekt humorystyczny powiększają. Tego mi trzeba w moim samotnym, cichym życiu z wyboru;).
Kultywuję lenistwo, odkryłam je nie tak dawno temu, tzn. odkryłam, że jestem bardzo leniwa. Co najbardziej zadziwiające w moim odkryciu to to, że okazało się, iż nawet przez długie lata, kiedy ciężko pracowałam , często ponad siły, tak naprawdę robiłam to z lenistwa, bo łatwiej było zaharowywać się na śmierć, niż zatrzymać, otrząsnąć, pomyśleć jak tego uniknąć i włożyć trochę wysiłku, aby tę myśl wprowadzić w życie. No cóż, za ten rodzaj lenistwa zaplaciłam swoją cenę. Teraz nie udaję pracowitej, wiem, że lenistwo o wiele bardziej mi służy, oddaję się mu z lubością i jeśli nawet nie mogę pochwalić się niewysłowionym szczęściem to na pewno jestem zadowolona, a to już wcale nie mało.

2010-08-18
Nie, nie zaginęłam w Bułgarii, ani też nie spędziłam tam tych kilku tygodni od ostatniej notki. W Bułgarii byłam 9 dni, było całkiem przyjemnie, gorąco, ciepła i czysta woda w Morzu Czarnym, chociaż muszę przyznać, że Bułgarzy nie odznaczają się najmilszym obejściem, posiadają wiele cech narodów południowych typu niepunktualność, swego
rodzaju niedbalstwo i niezwracanie uwagi na otoczenie i innych ludzi w nim, niedbały, a czasami wręcz niebezpieczny styl jazdy, parkowania, niezwracanie uwagi na pieszych, mężczyźni to macho o nieprzyjemnych minach...Nie ma w nich jednak tej południowej beztroski i pogody ducha, robią wrażenie zestresowanych i często przybitych. Myślę, że jest to związane z biedą, która zwłaszcza w regionach nieprzylegających bezpośrednio do morza (nad morzem można łatwiej dorobić) musi być dotkliwa. Ceny podobne do naszych, a emerytury i zarobki o wiele niższe. U nas za najniższe pensje nie da się wyżyć, a tam to już masakra.
Byłam w Bułgarii pierwszy raz w życiu, bo w czasach socjalistycznych, kiedy wielu Polaków tam jeździło, nasza ośmioosobowa rodzina nie miała szansy na wyjazdowe wakacje ze względów logistycznych i finansowych. Chciałam pozwiedzać to co się da, ale wszystkie napotkane osoby twierdziły, że w Bułgarii się wypoczywa, a nie zwiedza, bo nie ma co. Niestety okazało się to w dużej mierze prawdą.
W Obzorze, gdzie wylądowaliśmy, nie było absolutnie nic ciekawego oprócz morza. W Warnie godna uwagi była tylko cerkiew, ratusz, budynek teatru i może jeszcze jakiś, ze względów historycznych wypadało zaliczyć mauzoleum Władysława Warneńczyka, ale na pewno nie ze względów estetycznych czy poznawczych, monastyr Aładża okazał się
niestety nędznymi resztkami. Jedyny urokliwy zakątek to tak naprawdę Nesebyr, ale też skomercjalizowany do granic możliwości i zbrzydzony przez np. niedbale zostawione wraki motocykli czy inne "śmieci". Może znalazłoby się coś jeszcze, ale ze względów trudności w znalezieniu środków transportu trzeba było zrezygnować z kilkudziesięciokilometrowych eskapad, temperatura zniechęcała dodatkowo.
Niedługo po powrocie z urlopu zaliczyłam tygodniowe zajmowanie się dziećmi, było to trochę męczące, ale nad wyraz przyjemne. Okazuje się, że moje metody wychowawcze: miłość, dyscyplina, ustalanie granic, ale jednocześnie rozmowa i poświęcony czas sprawdzają się doskonale nawet na rozwydrzonych i rozpieszczonych dzieciakach i nawet z takimi diabełkami można w końcu dojść do ładu.
Co poza tym? Ano różnie. Teoretycznie szukam pracy, praktycznie trudno mi się do tego zmobilizować, ale ponieważ na opad manny się nie zanosi, więc będę musiała jakoś rozwiązać problem. Nosi mnie. Mam ochotę gdzieś wyjechać...Zobaczymy...


Księga gości
 















































































Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
O mnie
joanny
41
,
Gdzies Tam
Słówko o mnie
na rozdrozu co jakis czas, a moze stale, ciagle szukam swojego miejsca na ziemi, ale nawet po upadkach podnosze sie i ide dalej, nieuleczalna idealistka
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
11305
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
531
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
11
Zobacz serwisy INTERIA.PL